Najnowsze notki
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmy. Pokaż wszystkie posty

Największe grzechy zagranicznych tłumaczy

Poniższy tekst jest moim tłumaczeniem części artykułu Maxwella Yezpiteloka, z portalu Cracked.com (użyty za zgodą autora). Oddaję zatem głos Maxwellowi:

Znacie takie popularne filmy jak "Tata na zawsze", "Mój biedny aniołek", albo "S.O.S. Szaleniec na wolności w kosmosie"? Nie? Nigdy nie słyszeliście o czymś takim? Cóż, widocznie nie wychowywaliście się w hiszpańsko-języcznych krajach, w przeciwnym razie wiedzielibyście, że mowa tutaj o filmach "Pani Doubtfire", "Kevin sam w domu" i "Kosmiczne jaja".



 

Brama przeciwnika jest na dole

Nie pamiętam ile lat miałem dokładnie kiedy po raz pierwszy przeczytałem "Grę Endera", być może dziesięć, albo dwanaście. Pamiętam jednak, że ta książka zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Od tego czasu cały cykl o Enderze Wigginie jest jednym z moich ulubionych. I nie ważne, czy Orson Scott Card wymyśla kolejne prequele, midquele, czy historie równoległe, ja łykam wszystko z uśmiechem na twarzy. :)


Niedługo po moim pierwszym zetknięciu się z (wówczas jeszcze) tetralogią Carda zaczęły pojawiać się pierwsze pogłoski o ekranizacji. Ach, cóż bym dał żeby zobaczyć Szkołę Bojową i Robale na dużym ekranie - tak wtedy myślałem... Teraz, po niemal 20 latach, dane mi było ujrzeć to na własne oczy! I co? I nic. Filmowa adaptacja Gavina Hooda nie powaliła mnie na kolana. Nie zawiodłem się, ani nie rozczarowałem, film był fajny, miejscami bardzo fajny, ale... No właśnie. Ale. Od wczorajszego wyjścia z kina nie daje mi spokoju myśl, że dostałem o wiele mniej, niż oczekiwałem. Cała świetna fabuła, lata spędzone przez Endera w Szkole Bojowej, wymęczające psychicznie potyczki i bitwy, wszystko to co działo się w jego głowie. Gdzie było to wszystko? W filmie odniosłem wrażenie, że od momentu wysłania Wiggina na stację kosmiczną do ostatniego "egzaminu" minął może miesiąc. Hood poszedł tak bardzo na skróty, tak spłycił wiele ważnych wątków i postaci, że gdybym nie znał książki, mógłbym się pogubić.

© foto: Summit Entertainment
Być może moje oczekiwania były zbyt wielkie, w końcu narastały przez tyle lat, dodatkowo nasycone przez kolejną lekturę wszystkich książek z serii, do których wróciłem jak tylko pojawił się pierwszy zwiastun filmu. Moja żona, nie znająca wcześniej pierwowzoru, była pod wrażeniem, szczególnie zakończenia. Ale nawet ona zauważyła jak wiele reżyser nam nie powiedział i nie pokazał. Plusem tego było to, że teraz sięgnęła po oryginał Carda. Być może to było zamierzeniem Hooda? Nie wiem. Może pomyślał sobie - pokażę wam film, który jest tak naprawdę wielkim trailerem książki. ;)

© foto: Summit Entertainment

Wbrew pozorom były też zalety i to całkiem duże. Największy z nich to sala bitew - genialnie pokazana, o wiele lepiej nawet niż to, co wyobrażałem sobie tylko o niej czytając. Ogólnie cała Szkoła Bojowa, majestatycznie krążąca po orbicie, była przedstawiona bardzo widowiskowo i robiła odpowiednie wrażenie. Podobnie zresztą jak Eros - asteroida na której znajdowała się Szkoła Dowodzenia, wcześniej należąca do formidów.

Jeśli chodzi o obsadę - odtwórca tytułowej roli, niejaki Asa Butterfield kompletnie nie przypadł mi do gustu. Moim zdaniem nie pasował do roli Endera, a mutacja którą przechodził jego głos, sprawiała że dramatyczne okrzyki brzmiały po prostu śmiesznie. Dziwnie obsadzono również aktora w roli Bonzo Madrida, co prawda był dokładnie takim dupkiem jak powinien, ale sięgał Enderowi do pasa, przez co ich starcia zwyczajnie nie dało się brać na poważnie. Brakowało też trochę bardziej rozwiniętego wątku Groszka. Za to Harrison Ford i Ben Kingsley wywiązali się ze swoich ról wyśmienicie. To był dokładnie taki pułkownik Graff i taki Mazer Rackham jakich było potrzeba temu filmowi.

© foto: Summit Entertainment

Nie sądzę, żeby dane mi było zobaczyć w kinie również "Mówcę umarłych", skoro pierwsza część powstawała w takich bólach, ale kto wie. Jeśli ekranizacja Gry zgromadzi okrągłe sumy w box office'ach (a wszystko wskazuje na to, że tak właśnie się stanie), wytwórnia pewnie da zielone światło kontynuacji. Pytanie tylko, czy znajdzie się ktoś na tyle odważny, żeby na duży ekran przenieść zupełnie odmienną historię z Mówcy. Ale, cholera, cóż bym dał żeby zobaczyć pequeninos na dużym ekranie. :)

Podsumowując - warto wybrać się do kina na "Grę Endera", bo po prostu jest to historia, którą trzeba znać. Tym bardziej jeśli dotychczas nie czytało się książki (a może raczej przede wszystkim jeśli nie czytało się książki). Jednak wieloletni fani Carda będą kręcić nosem, po prostu nie ma innej opcji. Ja kręcę do dziś, lecz w głębi duszy jestem zadowolony, moje wieloletnie marzenie filmowe w końcu się spełniło.
 

Video Terror!

Pierwszy czerwcowy weekend w Gdańsku upłynął pod znakiem Streetwaves, czyli miejskiej akcji wypełnionej wydarzeniami kulturalnymi w plenerze. Każda edycja pozwala poznać od innej strony różne gdańskie dzielnice. Tegoroczna, szósta już edycja przybliżyła mi Olszynkę i Siedlce, których wcześniej kompletnie nie znałem.

Przejdźmy jednak do rzeczy, gdyż ta notka nie będzie poświęcona całemu festiwalowi, a jednemu, konkretnemu wydarzeniu, które miało miejsce w trakcie Streetwaves. Mianowicie 2 czerwca, na Siedlcach, na jeden dzień otworzona została wypożyczalnia kaset VHS "Video Terror".


 

Te oczy... Te potworne oczy!


 

Podsumowanie kinowe 2011

Po podsumowaniu czytelniczym nadszedł czas na podsumowanie filmowe. 

Pod uwagę biorę tutaj tylko filmy, które widziałem w kinie i pod tym względem, rok 2011 był naprawdę udany i owocny. Chyba jeszcze nigdy nie zaliczyłem tylu filmów na dużym ekranie, bo było ich aż 40!

I nie myślcie sobie, że wygrałem w totka, czy coś. ;) Głównym powodem jest to, że większość z tych seansów była darmowa - darmowe wejściówki wygrywane z wielką częstotliwością w facebookowym konkursie Heliosa, darmowe wejściówki do Cinema City z Allegro, Środy z Orange i różne inne zaproszenia. :)

Nie wiem jak będzie w 2012, ale mam wrażenie, że nie uda mi się już uzyskać tak dużej liczby filmów. Ale nic to, zaczynam podsumowanie. Będzie tradycyjnie w formie Top 5.


5. Rango
reżyseria: Gore Verbinski


Genialna animacja, świetne dialogi, pełno humoru (i to takiego zrozumiałego głównie dla dorosłego odbiorcy, co wyjaśnia lekką konsternację rodziców, którzy zabrali dzieciaki do kina na kolejną "bajkę"). I jakby tego było mało, głosu głównej postaci użyczył jedyny w swoim rodzaju Johnny Depp. Moim zdaniem "Rango" to najlepsza animacja roku 2011.








4. O północy w Paryżu
reżyseria: Woody Allen


Najnowszy film Woody'ego Allena to naprawdę fajna, sympatyczna i ciepła rzecz. :) Idąc do kina, prawdę mówiąc spodziewałem się czegoś innego, ale najwyraźniej nie doceniłem Allena. Przez cały seans uśmiech nie schodził z mojej twarzy. A epizodyczne role charakterystycznych aktorów wcielających się w wielkie sławy XIX wieku, były naprawdę niesamowite (na szczególną uwagę zasługuje Adrien Brody, który nie tyle zagrał, co BYŁ Salvadorem Dali!). Nawet odtwórca głównej roli, Owen Wilson, którego niezbyt lubię, wypadł w tym filmie bardzo dobrze.






3. Szpieg
reżyseria: Tomas Alfredson


Nigdy nie byłem wielkim fanem kina szpiegowskiego, Jamesa Bonda i tego typu klimatów, ale "Szpieg" zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Ten film to całkowita antyteza przystojnego Agenta 007, otoczonego wianuszkiem olśniewających kobiet, skaczącego od jednej spektakularnej eksplozji do drugiej. Agenci w filmie Alfredsona są tak pospolici, że aż boli, ale za to ich umysły działają na najwyższych obrotach. Intryga w "Szpiegu" jest dosyć zawiła i z początku ciężko się w niej połapać, ale nadchodzi taki moment, kiedy puzzle zaczynają do siebie pasować i już do samego końca nie można oderwać wzroku od ekranu. A Gary Oldman swoją rolą zdecydowanie zasłużył na Oscara.




2. Czarny Łabędź
reżyseria: Darren Aronofsky


Film z początku roku, ale wspomnienia nie zatarły się ani trochę. Pan Aronofsky, jak zawsze zresztą, odwalił kawał świetnego kina, które nie pozwala o sobie zapomnieć. Niesamowita i wywołująca dreszcze podróż przez pełną mroku psychikę głównej bohaterki. Nie jest to kino lekkie, ale obrazy Aronofskiego nigdy się do takich nie zaliczały. Zresztą właśnie za to je cenię. W pełni zasłużony Oscar dla Natalie Portman.








1. Drzewo życia
reżyseria: Terrence Malick


Film, który zupełnie zwalił mnie z nóg i kompletnie zaskoczył swoją formą. Historia niby prosta, ale za to w jaki sposób zrealizowana! Niesamowite ujęcia, montaż, gra aktorska (wielkie brawa dla Seana Penna i Brada Pitta). Jest w tym filmie taki fragment, kiedy zaczynają się wyświetlać obrazy Ziemi, kosmosu, różnorakich zjawisk i dzieł Natury. Fragment ten trwa chyba ze 20 minut i z początku kompletnie nie wiadomo o co chodzi, gdzie podział się do tej pory oglądany film? Ale po chwili człowiek kompletnie odlatuje, podziwiając to co dzieje się na ekranie, do wtóru z doskonale pasującą muzyką. Pojawiają się nawet dinozaury! :) Po tym wszystkim film wraca na poprzednie tory, ale od tej pory wiedziałem już, że mam do czynienia z czymś naprawdę niezwykłym. A pod koniec można się popłakać jak bóbr! "Drzewo życia" to swego rodzaju filmowo-metafizyczne przeżycie.
 

Rebusy filmowe

Kolejna kampania reklamowa, tym razem biblioteki DVD BigFlix. Jak sami piszą, "Dla prawdziwych fanów".

Zobaczmy więc jacy z Was fani. Spróbujcie odgadnąć tytuły wszystkich filmów. W nagrodę możecie sami sobie postawić piwo i stwierdzić, że jesteście zajebiści. :)


 

Screamfest

Plakaty reklamowe, promujące Screamfest, niezależny festiwal horrorów, mnie wyjątkowo urzekły.
Zresztą zobaczcie sami. :)



Michael Myers się zsiusiał w portki ze strachu, czy mi się zdaje? ;)
 

Sobota z horrorem

Sobotni wieczór upłynął mi na nadrabianiu zaległości horrorowych. Dawno już nie zdarzyło się, żebym obejrzał aż trzy filmy pod rząd. Takie wydarzenie zasłużyło więc na własną notkę na blogu. :)

Na pierwszy ogień poszedł najnowszy film John Carpentera, The Ward (tudzież "Oddział"). Trochę zwlekałem z tym filmem, mimo że od jakiegoś czasu chciałem go obejrzeć. Wiązałem z nim naprawdę duże nadzieje. Myślałem, że będzie to powrót do formy, przynajmniej na miarę "W paszczy szaleństwa" (które to było właściwie jego ostatnim dobrym obrazem). Straciłem już wiarę w tego reżysera, ale iskierkę nadziei zapaliło "Cigarette Burns", jeden z odcinków serialu Masters of Horror. Dało się tam wyczuć dawny geniusz i formę człowieka, który niegdyś śmiertelnie wystraszył mnie takimi filmami jak "Coś", "Mgła", czy "Książę Ciemności". Dlatego właśnie The Ward miało być wielkim powrotem. Do tego ten tekst na plakacie - "Carpenter udowadnia, że wciąż jest mistrzem strachu"... Po zmierzeniu się z "Oddziałem" uważam, że cytat ten powinien brzmieć raczej w stylu - "Carpenter udowadnia, że wciąż jest starym sklerotykiem i nadal nie przypomniał sobie, jak robiło się dobre filmy". Niestety. Nie było to co prawda aż tak złe jak "Duchy Marsa", jednak poziom tego filmu leży gdzieś głęboko pod powierzchnią mułu. Gra aktorska, cały ten szpital psychiatryczny, schematy i klisze, wszystko to pozostawia wiele do życzenia. Film jest zwyczajnie nudny, zero napięcia, zero zaskoczenia, zero klimatu. Nie chcę tutaj zdradzać elementów fabuły i sypać spoilerami, ale zdradzę tylko tyle, że na koniec jest wielki twist! Niemalże na miarę najnowszych filmów M. Night Shyamalana. Jest to tak żałosne, że po skończonym seansie zapłakałem nad świętej pamięci Johnem Carpenterem, który zginął gdzieś we wczesnych latach 90-tych i od tej pory pod jego nazwisko podszywa się jakiś partacz...


Horrorem numer dwa sobotniego wieczoru zostało "La Casa Muda", czyli The Silent House. Kino urugwajskie (nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek wcześniej widział jakiś film z tego kraju). W przeciwieństwie do The Ward, klimat i napięcie wyczuwalne tu są niemal od pierwszych minut. Historia opowiada o dziewczynie i jej ojcu, którzy trafiają na noc do opuszczonego domu na odludziu. Ich zadaniem jest uporządkowanie i remont rudery, jednak zabrać za to mają się dopiero następnego ranka. Kiedy ojciec smacznie idzie spać, Laura (główna bohaterka) zaczyna słyszeć jakieś hałasy na zewnątrz, a później na piętrze. Budzi ojca, który idzie sprawdzić co się dzieje i już nie wraca. Od tej pory zaczyna coraz bardziej nasilać się klaustrofobiczny klimat zamkniętej przestrzeni, oświetlanej jedynie przez wątłą latarkę i strach przed tym, co może znaleźć się w kolejnym pomieszczeniu. Ponoć film kręcony był z tylko jednego ujęcia i całość przypomina w niewielkim stopniu połączenie "The Blair Witch Project" z "[REC]". I do pewnego momentu jest naprawdę straszny i trzyma w napięciu. Lecz, oczywiście i tutaj nie mogło zabraknąć jakiegoś rozsadzającego głowę twista... Piszę to oczywiście z pewną dozą ironii. Całe wyjaśnienie jest być może całkiem fajne, ale do mnie jakoś nie trafiło. Chociaż istnieje też ewentualność, że po prostu jestem na to za głupi. ;)


Trzecim i ostatnim horrorem był film o jakże wdzięcznym tytule Cthulhu. :) Prawdę mówiąc, moim pierwszym wyborem było The Dunwich Horror, ale pierwsze minuty nie zachęciły mnie do tego stopnia, że szybko zmieniłem zdanie. Jednak nie chciałem rezygnować z klimatów lovecraftowskich, padło więc na Cthulhu. Film, jak na swój (chyba) niewielki budżet, brak znanych nazwisk (chyba że, za gwiazdę uznać Tori Spelling), nie był nawet taki zły. Wbrew pozorom, nie była to adaptacja "Zewu Cthulhu", ani żadnego innego opowiadania HPL. Lovecraft nie ma niestety szczęścia do udanych adaptacji swoich historii (jedynym wyjątkiem jest krótkometrażowy, stylizowany na nieme kino "The Call of Cthulhu"). Dlatego też całkowicie autorska historia z udziałem przedwiecznych wypadła całkiem w porządku. Być może właśnie ten fakt nadał całości pewnej świeżości. Dość odważnym posunięciem (i całkiem oryginalnym) było zrobienie z głównego bohatera geja (nie zabrakło nawet sceny łóżkowej...). Mimo, że nie przemawia to do mnie, to muszę przyznać, że było to coś nowego jak na ten gatunek filmowy. Klimat i napięcie w Cthulhu też są niczego sobie, na plus jest zrezygnowanie z jakichkolwiek manifestacji przedwiecznych (nie licząc krótkich przebłysków w świetle flesza, kiedy na ułamek sekundy widać było jakieś kreatury, prawdopodobnie rybo-ludzi, ale pewien nie jestem). Jakieś tandetne efekty komputerowe, lub gumowe macki były by gwoździem do trumny dla tego filmu, tymczasem broni się jako całkiem niezły horrorek z niższej półki.

Cały wieczór uważam za bardzo udany, mimo że nie wszystkie filmy były trafione. ;) Jednak cieszę się, że udało mi się trochę zmniejszyć ogromną kolejkę czekających na obejrzenie tytułów.
 

Horror po czesku

Dzisiejsza notka będzie nietypowa. Chciałem zamieścić relację z mojej wizyty na III odsłonie festiwalu "Strach się bać", organizowanej przez Dyskusyjny Klub Filmowy UG. Była to dla mnie odsłona wyjątkowa, gdyż miałem okazję obejrzeć film, który chciałem zobaczyć praktycznie od zawsze, mianowicie - "Wampira z Feratu". Ale zacznijmy od początku.

Trochę żałując (no dobra, nawet bardzo), że nie udało mi się załapać na organizowany wcześniej przez DKF festiwal "Najgorsze filmy świata" (w tym takie hity jak "Zabójcze ryjówki", "Glen czy Glenda", czy "Blob zabójca"), bardzo ucieszyła mnie wiadomość, że niedługi czas później miały być wyświetlane czeskie horrory.
W czwartkowe popołudnie udałem się na UG, gdzie na wydziale filologii odnalazłem aulę, w której miał być seans. Za jedyne 10 zł dostałem karnet na dwa filmy i zająłem miejsce na sali.
Całość poprzedzała krótka prelekcja pani mgr Grażyny Świętochowskiej, która ciekawie opowiadała o kinie czechosłowackim. Potem ruszył projektor i na pierwszy ogień poszły...

 
 
Copyright © 2013. Marzenia i Koszmary
Ta witryna wykorzystuje cookies (ciasteczka). Przeglądając ją wyrażasz zgodę na ich przechowywanie. Możesz je wyłączyć w ustawieniach swojej przeglądarki.