Dzisiejsza notka będzie nietypowa. Chciałem zamieścić relację z mojej wizyty na III odsłonie festiwalu "Strach się bać", organizowanej przez Dyskusyjny Klub Filmowy UG. Była to dla mnie odsłona wyjątkowa, gdyż miałem okazję obejrzeć film, który chciałem zobaczyć praktycznie od zawsze, mianowicie - "Wampira z Feratu". Ale zacznijmy od początku.
Trochę żałując (no dobra, nawet bardzo), że nie udało mi się załapać na organizowany wcześniej przez DKF festiwal "Najgorsze filmy świata" (w tym takie hity jak "Zabójcze ryjówki", "Glen czy Glenda", czy "Blob zabójca"), bardzo ucieszyła mnie wiadomość, że niedługi czas później miały być wyświetlane czeskie horrory.
W czwartkowe popołudnie udałem się na UG, gdzie na wydziale filologii odnalazłem aulę, w której miał być seans. Za jedyne 10 zł dostałem karnet na dwa filmy i zająłem miejsce na sali.
Całość poprzedzała krótka prelekcja pani mgr Grażyny Świętochowskiej, która ciekawie opowiadała o kinie czechosłowackim. Potem ruszył projektor i na pierwszy ogień poszły...
Elektroniczne Babcie ("Babičky dobíjejte přesně!")
Czechosłowacka komedia/sci-fi z 1983 r. w reżyserii Ladislava Rychmana. Tajemnicza firma BIOTEX wprowadza na rynek specjalne roboty, przyobleczone w postacie sympatycznych babć. Ich zadaniem jest ułatwienie życia zapracowanym czeskim rodzinom. Babcie wykonują wszelakie prace domowe, piorą, sprzątają, gotują obiady, a wieczorem trzeba je tylko podłączyć do prądu, żeby mogły naładować akumulatory. No po prostu sielanka. Do tego, zamawiająca babcię rodzina sama może zdefiniować, do pewnego stopnia, jakiego rodzaju uczucia będzie okazywać ich egzemplarz.W tym miejscu pojawia się typowa rodzinka z lat 80-tych - Loudovie. Głowa rodziny Zdeněk - nieco leniwy skrzypek z filharmonii (w tej roli Jiří Lábus, doskonale znany z roli diabelskiego Rumburaka, z kultowej Arabelli) i jego żona Jarmilka - niespełniona malarka, nie mająca czasu na nic, poza obowiązkami domowymi. Do tego dwójka dzieci, pies i kot. Szybko okazuje się, że Loudovie są jedyną rodziną w sąsiedztwie, która jeszcze nie posiada swojej babci z Biotexu. W końcu, za namową żony (a bardziej, żeby dopiec sąsiadom), Zdeněk składa zamówienie na najnowszy model babci - Rozę GLS 350.
Niestety, w wyniku nie do końca przemyślanej decyzji (zawistny pan domu, przy wypełnianiu formularzy, w rubryce "wrogowie" wpisał oczywiście sąsiadów), sielanka powoli przeistacza się w prawdziwy horror. Mieszkające obok siebie babcie prowadzą wojnę partyzancką, za plecami swoich właścicieli. Zaczyna się niewinnie od wybijania sobie nawzajem okien, kończy się prawdziwym pojedynkiem tytanów (starcie dwóch babć było niczym walka Terminatora z T-1000, niczym Godzilla kontra Mecha-Godzilla!).
Film kończy błyskotliwa puenta o tym, że to ludzie kształtują zachowanie maszyn, a nie odwrotnie. ;)
Kolejnym wyświetlanym filmem był wyczekiwany przeze mnie od tak dawna...
Wampir z Feratu ("Upír z Feratu")
Pełen czarnego humoru czechosłowacki horror z 1981 r., w reżyserii Juraja Herza. Opowiada o tajemniczym rajdowym samochodzie "Vampire" wyprodukowanym przez firmę Ferat (w rzeczywistości to prototypowy model Skody 110 Supersport). "Wampira" poznajemy kiedy nieomal nie doprowadza do wypadku, wyprzedzając karetkę kierowaną przez bohaterów filmu - doktora Marka (w tej roli Jiří Menzel) i ratowniczkę Mimę. Po raz kolejny karetka natyka się na niego kawałek dalej, kiedy tarasując drogę, zmusza załogę pogotowia do skofrontowania się z kierowcą Feratu. Jest to znana kierowczyni rajdowa, która skarży się na ból stopy naciskającej na gaz (jakby ją przyssało). Chwilę później, doktor Marek i Mima po raz ostatni natykają się na Ferat, leżący w rowie, z kierowcą w ciężkim stanie.Skoda Ferat to prawdziwy demon czechosłowackiej motoryzacji!
W dalszej części filmu dowiadujemy się, że Mima również ma doświadczenie rajdowe i zostaje zatrudniona jako nowy kierowca "Wampira". Jednocześnie doktor Marek próbuje rozwikłać zagadkę diabolicznego samochodu (w czym pomaga mu nieco szurnięty doktor Kaplan). Ich zdaniem mamy tutaj do czynienia z biologiczną maszyną, której silnik, zamiast benzyny, jest napędzany ludzką krwią. Szatańska Skoda pobiera ją przez pedał gazu, przysysając się do pięty kierującego - dzięki czemu dawkowanie krwi jest odpowiednie.Mimo scen zabawnych i nieco absurdalnych, czuć wokół tego filmu jakąś tajemniczą atmosferę i klimat, który potrafi wciągnąć. Do końca nie zostaje pokazane co właściwie znajduje się pod maską wampirycznego auta (jedyne co dostajemy to koszmarne sny doktora Marka, w których wnętrze Skody wypełnione jest krwią i flakami). Możemy tylko domyślać się, że Ferat to prawdziwy wysłannik piekła, kiedy, poprzedzając napisy końcowe, udaje się wraz z mdlejącą Mimą, w kierunku zachodzącego słońca, mknąc pod prąd czeską autostradą.
"Mój Boże, to konserwowa krew!" (cytat autentyczny!)
III odsłona "Strach się bać" była doprawdy niezapomnianym przeżyciem audiowizualnym. ;) Do tego była to bardzo miła odmiana od typowego, nowoczesnego kina. Oby więcej takich seansów!





Prześlij komentarz